Początek…

Spontaniczne decyzje zmieniają wszystko, choć nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. W spontaniczności nie ma przecież ani przewidywań, ani oczekiwań. Jest tylko decyzja (dziś myślę, że mocno odległa od naszego intelektualnego i racjonalnego sposobu pojmowania rzeczywistości).

 

Spotkanie zaczęło w pewnym sensie od decyzji mojej wspólniczki. Dostałem od niej w prezencie książkę, a właściwie płytę CD z audiobookiem. Był to czas, w którym nie czytałem zupełnie nic poza książkami zawodowymi – prawniczymi. Zresztą w ówczesnym życiu byłem tylko i wyłącznie prawnikiem. Nikim, ani niczym więcej. Sprawy, rozprawy, klienci, procesy, kodeksy… Wygrane i przegrane. Sukcesy i porażki. Gloria i sława.


Spojrzałem na wydawnictwo – motyl, pomarańczowa okładka. Napis brzmiał „Coaching, czyli restauracja osobowości”. Autor – Maciej Bennewicz. Cóż za bezsensowny tytuł pomyślałem, co to może znaczyć? Jako że nie czytałem właściwie nic pozazawodowego, to nie znałem ani autora, ani też nie rozumiałem „co to jest ten coaching”. Miałem jednak tę wystarczającą odrobinę szacunku – do darczyńcy i autora – by książkę przeczytać, właściwie odsłuchać.

 

Słuchałem w samochodzie. Przecież byłem prawnikiem zajętym przez każdą godzinę swojego życia pracą, prawem i klientami. To była jedyna okazja by „czytać” coś innego niż treści prawnicze. Wówczas (i chyba nadal) nie było audiobooków z wiedzą merytoryczną dla prawników. To chyba dobrze. Książka „zryła mi beret”. Uświadomiła, że to przeczucie które nazywa się „coś w moim życiu (z moim życiem) jest nie tak” nie towarzyszy tylko mnie.

 

Poszedłem „za ciosem”, pojechałem do Wałbrzycha na spotkanie z autorem. Miało dotyczyć manipulacji i czarujących czarownic. Veni, vidi, vici. Prowadzący wydał mi się jakiś mało przystępny, mocno zdystansowany, za bardzo poważny, niezbyt uśmiechnięty. Dziś wiem, że nie oceniałem jego, tylko siebie. Byłem wtedy mało przystępny, mocno zdystansowany, za bardzo poważny, niezbyt uśmiechnięty – w końcu prawnik – ba – adwokat. Poważna sprawa ktoś by rzekł 🙂 Wziąłem wizytówkę, śledziłem Facebooka, lecz nie byłem przekonany. Prawnicy bywają bardzo kontrsugestywni, w oporze wobec rzeczywistości.

 

Coś jednak nie dawało mi spokoju. Jakiś czas później, wracając z urlopu nad morzem, podczas wizyty na stacji benzynowej postanowiłem kupić przez aplikację w telefonie drugą książkę – „Coaching Tao”. Pojęcie tao było mi znane. W szkole średniej, dzięki książkom Beniamina Hoffa („Tao Kubusia Puchatka” i „Te Prosiaczka”), pojechałem spontanicznie na ferie zimowe z nieznanymi mi ludźmi. Tak poznałem swoją pierwszą dziewczynę, pierwszy pocałunek, dowiedziałem się czym jest seks. Tao to bardzo ważny symbol w moim życiu.

 

Tę drugą książkę czytał autor. Była i jest to pozycja magiczna. Znam wiele osób, które kochają tę pozycję. Wystarczy zacząć czytać lub słuchać by zrozumieć. Do tego Cię zresztą namawiam, zachęcam i zapraszam. Treść oraz sposób w jaki książka została przeczytana sprawił, że zrodziło się we mnie zaufanie do autora, którego nie tyle nie znałem, co nie zrobił na mnie wrażenia. Prawnicy…

 

Wspomniana książka, wrażenia z lektury, dały mi ostateczny argument, by wybrać się na kurs coacha do Bennewicz Instytut Kognitywistyki. Pomógł też Anthony De Mello, którego „Przebudzenie” dokładnie 7 lat czekało na regale z książkami z prośbą o zerknięcie. Kurs nie był tani, jednak dość szybko przeliczyłem, że skoro dokładnie taką samą kwotę wydałem na renomowanej marki komputer osobisty, to nie powinienem mieć problemu z jej wydaniem na równie osobisty rozwój. Po trzech dniach kursu zrozumiałem, że żyję iluzją, przekonaniami, skryptami. Po kilku miesiącach wiedziałem, że prawnikiem zostałem nie tylko z powodu różnych deficytów oraz potrzeb natury materialnej, ale również z głębokiej wewnętrznej potrzeby pomagania ludziom. Dziś nazywam to imperatywem wewnętrznym.

 

Skończyłem u Macieja coaching, skończyłem mentoring, parę innych kursów. Jedni uważają że zwariowałem, inni że to wszystko zakrawa o sektę. Na szczęście pamiętam co sam uważałem po pierwszym spotkaniu z autorem. Pozory mylą (http://blog.bennewicz.pl/uczen-maga-koan/).

 

Różne mieliśmy z Maciejem epizody współpracy – chyba bardziej ja z nim, niż on ze mną… 🙂 Miałem różne kompleksy, czułem się niedowartościowany, przez jakiś czas chciałem w nim widzieć ojca, którego zbyt szybko w dzieciństwie straciłem. Wszystko jednak – jak kostka lodu wrzucona do napoju w letni dzień – rozpuszczało się w swoim tempie. Pracowałem z sobą, nad sobą, dla siebie. Zacząłem – małymi krokami – brać odpowiedzialność za swoje życie… Dowiedziałem się w końcu, później zrozumiałem, a na końcu doświadczyłem, że to jak się czuję zależy tylko ode mnie.

 

Aż pewnego dnia zaczęliśmy – dość spontanicznie i bez większego planu – wspólnie pisać. To był czas, kiedy wiedziałem że nie jest i nie będzie moim ojcem, a wyłącznie może być Mistrzem. Maciej pisał koany – krótkie opowieści metaforyczne, ja zaś interpretacje.

 

Od października 2018 r. do dziś (06.03.19) skomentowałem 110 koanów. Robię to praktycznie codziennie. Tak stałem się pisarzem treści o wiele ważniejszych niż umowy cywilnoprawne w obrocie gospodarczym i pisma procesowe w sprawach cywilnych… 🙂

 

Razem napisaliśmy około 500 stron tekstu. Mam wrażenie że nie potrafimy, nie chcemy, czy nie możemy przestać. Silny imperatyw wewnętrzny. Pewnie jakiś sposób kontaktu z wyższym „ja” w każdym z nas. Tak też powstał pomysł na książkę, która pomoże innym znaleźć ważne odpowiedzi na kluczowe egzystencjalne pytania. Te, których ja – zupełnie nieświadomie – szukałem, gdy doszło do naszego pierwszego, wspólnego spotkania.

 

Niedawno też zrodził się pomysł koanów odwróconych tj. takich, w których do moich spostrzeżeń i subiektywnych opisów rzeczywistości opowieść metaforyczną snuje Maciej. Te pierwsze pojawią się w książce. Te drugie będziemy publikować na naszych blogach.

 

Oto pierwszy z nich. Zapraszamy do lektury.

Własność – koan odwrócony

Autor: Adam Sornek

Moja dziewczyna, mój mąż, nasz syn, ich córka. Zaimki deklarujące, że coś lub ktoś należy do nas. Słownik języka polskiego – gdy potrzeba zastanowić się nad mechanizmami rządzącymi naszymi przekonaniami – jest najzwyczajniej w świecie bezwzględny i brutalny. Mój to „zaimek oznaczający, że to, co jest wyrażone przez rzeczownik, którego dotyczy, należy lub odnosi się do osoby mówiącej” *.

 

Komunikat jest prosty i takie same są wnioski: ta dziewczyna, ten mąż, to dziecko należy do mnie. Tak samo jak samochód, dom, praca, rachunek w banku, światopogląd, wyznanie, posiłek… Oto nasza doskonale ukryta deklaracja władzy nad tym co do nas należy, co jest nasze. Możemy z takim przedmiotem zrobić co chcemy, jak chcemy i kiedy chcemy. Samochód możesz kupić, prowadzić, dbać o niego, a potem sprzedać. Podobnie jest z domem. Rachunkiem bankowym możesz zarządzać, wpłacać, wypłacać, a ostatecznie zamknąć czy zlikwidować.

 

Światopogląd czy wyznanie możesz poznać, nabyć albo otrzymać, potem kultywować, traktować jak ci się żywnie podoba, nawet nim szydzić, aż w końcu go zmienić lub porzucić. Posiłek możesz przygotować albo kupić, zjeść lub wyrzucić. Proste „moje” oznacza nieograniczone władztwo nad materią, danym jej przejawem, który jest nam przynależny. Problem w tym, że zaimka używamy również wobec ludzi, co gorsza z reguły tych, którzy są nam bliscy.

 

Co to może oznaczać? Być może – rzecz jasna nie zawsze tak jest – że świadomie albo podświadomie uważamy, że mamy władztwo nad danym człowiekiem. Będzie się ono przejawiało w żądaniach, pragnieniach, oczekiwaniach, ba nawet rozkazach. Jesteś mój, toteż powinieneś zachowywać się tak, jak tego chcę. Nie po to cię „mam”, aby zgadzać się na odstępstwa. Zresztą ukryte w tym jest jeszcze drugie dno, z którego mało kto zdaje sobie sprawę: jesteś moim partnerem i masz się zachowywać tak jak ja chcę, ponieważ mam ogromy problem z akceptacją wszystkiego tego czego ja nie chcę, a co jest moim cieniem wyrzuconym do głębokiego kufra skrzętnie ukrywanego w piwnicy mojej podświadomości. Gdy będziesz taki, taka jak ja, to może w końcu się zaakceptuję, pokocham i kto wie, może przestanę cię już potrzebować jako narzędzia do pełnego zrozumienia, zaakceptowania, czyli siebie.

 

Jest w stosowaniu zaimka „mój” jeszcze jeden problem. Ten drugi człowiek – podmiot, a właściwie przedmiot naszego władztwa – też może powiedzieć „mój”, „moja”, „moje” w stosunku do ciebie. Tak oto dwa byty przyzwyczajone do korzystania z zaimków chcą wzajemnie „mieć” władztwo nad sobą. Rządzić, oczekiwać, rozliczać i – co zdaje się być oczywiste – wyciągać konsekwencje, gdy władcy posłuchu brak. Dwóch monarchów, którzy jednocześnie chcą sprawować władztwo na tym samym terytorium. Wojna murowana. Domowa rzecz jasna, bo granic żadnych w gruncie rzeczy nie ma. Terytorium to dom, przyjaźń, firma, towarzystwo…

 

Tak oto powstają zalążki quasi systemu prawnego tam, gdzie prawa są zupełnie niepotrzebne. Każda norma prawna zbudowana jest z hipotezy, dyspozycji i sankcji. Mój partner w naszym wspólnym domu (hipoteza) ma spuszczać deskę w kiblu, gdyż jest to kulturalne i wpływa na moje poczucie estetyki (dyspozycja); gdy tego nie zrobi, będzie foch (sankcja). Moja partnerka w sprawach łóżkowych (hipoteza) powinna mieć gotowość współżycia rano, gdy tego chcę, ponieważ wtedy mam największe libido (dyspozycja); jeśli tak nie będzie, poszukam sobie kochanki (sankcja). Oczywiście przykłady są przerysowane, jaskrawe, jednak z taką lub inną siłą mają miejsce w naszym codziennym życiu. I przypominają rozgrywkę dzieci podstawiających sobie nogę, niby dla żartu, niby w rewanżu za coś.

 

Nie umiemy szanować odrębności i nie nauczymy się tak długo, jak długo będziemy uważać, że coś jest nasze. Bo moje „moje” z reguły wyklucza twoje „moje”, a więc dialog, wymianę, umawianie się na coś, co wspólnie zaspokoi potrzeby zainteresowanych, zapewni pokój – wspólne zasady. Tą drogą podświadomie tworzymy sobie wrogów wszędzie tam, gdzie się ich nie spodziewamy, gdzie nie są mile widziani. Choć w gruncie rzeczy to my ich zaprosiliśmy.

 

Świadomy człowiek nie mówi jednak o tym czego nie chce. Energia podąża za uwagą, a mózg nie zna się na żartach. Nie chcę wojny, dla mózgu oznacza wojnę, ponieważ nie dostaje komunikatu czego poszukiwać w obszarze dostępności na jej (w jej) miejsce. Czego więc chcieć zamiast „moje”?

 

Być może „jestem”, „jesteśmy” – parą, małżeństwem, rodziną, rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi. To już wyklucza przynależność implikującą możność decydowania o kimś, stawianie wymagań i oczekiwań, władztwo. Jednak za każdym „jestem” stoi pewne utożsamienie, które może tworzyć przywiązanie. Możesz jednak powiedzieć „co złego jest w przywiązaniu do dziecka, małżonka czy przyjaciela?”. Być może nic, o ile potrafisz pogodzić się z tym, że wszystko na tym świecie otrzymujemy na jakiś czas, zaś mało co będzie („jest”) z nami do końca „naszego” żywota.

 

Partnerzy, przyjaciele, rodzice i dzieci odchodzą, dorastają, wyprowadzają się, rozwodzą, czasem umierają. Jeśli twoje „jestem” zakłada gotowość na to, że przywiązanie może zostać rozwiązane przez los, scenariusz twojego życia lub drugiego człowieka, to wydaje się być w porządku. To jednak „moje” zapatrywanie na sprawę. Jedynym ekspertem od jakości „twojego” życia, możesz być tylko ty.

 

Ty jesteś swoim monarchą, jednak tylko w twoim królestwie. Ono zaś obejmuje najmniejszy naród świata – tylko ciebie. Gdy to zrozumiesz, zmieni się nie tylko jakość „twojego” życia, ale również „twój” stosunek, a właściwie szacunek do każdej istoty i odmienności, która jest jej przynależna. I nie oznacza to, że z każdym musisz się dogadać. Nie każdy jest dla każdego, jednak, gdy ktoś nie jest „twój” masz wręcz obowiązek pozwolić mu, by był „swój” i odszedł tam, gdzie ktoś „jego ja” będzie rozumiał. Na początek on sam.

___________________________________________________________________________

Własność – koan

Autor: Maciej Bennewicz

– Ojciec, łap widły! Lis weszed do kurnika. Kury nam podusi!

– Którędy on weszed, sierściuch paskudny? Gospodarz podciągnął szelki i zaczął mocować się z gumiakami w sieni. – Gdzie kurna, moje gumofilce postawiłaś?! Jednego tylko mam. Gdzie drugi? – Przeklinał. – Gdzie moja czapka?! Zawsze mi kurna ktoś ją przełoży! W moim własnym domu! – Złorzeczył. –  Kędy on wlazł? Przecie wszystko pozamykałem na noc, jak się patrzy. – Wrzeszczał zakładając kubrak.

– Ty się nie pytaj, którędy, ino łap się za widły. Trza go zaciukać drania, bo nasze kury wydusi. – Córka z siekierą w ręku wbiegła do kurnika.

 

Po długiej chwili ojciec wdrapał się od strony grzędy, żeby lisowi odciąć drogę. Brzuch trochę mu przeszkadzał. Rozdarł kufajkę i w dodatku dziabnął się widłami, które targał ze sobą przez wąski otwór. Klął przy tym niemiłosiernie.

 

Lis wypuścił z pyska omdlałą kurę, którą dopiero co przydusił. Zamierzał swoją zdobycz wynieść z dala od kurnika by tam, w gęstym zagajniku, opodal rzeczki, w spokoju ją skonsumować, lecz na jego drodze stanął chłop z widłami. Z tyłu usłyszał szelest. Dostrzegł cień. Cwane bestie – pomyślał – chcą mnie osaczyć. Wykonał zwód lekko w lewo, w stronę chłopa i odbił się tylnymi łapami od deski by skoczyć w prawo w stronę okienka, którym wlazł do kurnika.

 

– Mam go! – Wrzasnął ojciec i dźgnął widłami przed siebie.

– A masz! – Wrzasnęła córka i zamachnęła się siekierą, żeby trafić rudzielca, najlepiej w sam parszywy łeb.

 

Zaległa cisza. Gdyby lis znał się na metaforach powiedziałby, że grobowa cisza. Zatrzymał się na daszku tuż za wąskim okienkiem, przez które przemknął. Obejrzał swoja kitę sprawdzając czy nie doznała uszczerbku. Zajrzał do kurnika. Na klepisku obok kury, którą porzucił leżał chłop i jego córka. Oboje w kałuży krwi. On z siekierą w głowie, ona z widłami w brzuchu. Ani drgnęli.

 

Lis do świtu zadusił wszystkie kury, lecz tak był zmęczony, że wyniósł tylko połowę w stronę nory. Rano w gospodarstwie zrobiło się spore zamieszanie, ujadanie psów, wycie syren. Dlatego zjadł ze dwie, może trzy kury i już nie wrócił w tę okolicę. Resztki drobiu, porozrzucane po lesie, zjadły kuny i borsuki.

__________________________________________________________________________

czym są koany?

więcej o koanach

inne koany